Menu

Trzeźwiejący Tata

O swoich dzieciach, eksach, alkoholizmie i trzeźwieniu.

XV Sieć

mickjz

Zrzut_ekranu_2019024_o_10.39.26

XV

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Najpierw piłem na smutki, zalać ten cały żal, tę niesprawiedliwość. Potem piłem dla zabawy, ja wam wszystkim pokażę, że nikt i nic nie jest w stanie mnie złamać. Na koniec piłem, bo musiałem. Nie potrafiłem spędzić dnia bez alkoholu. Z początku nie mając tego świadomości, a kiedy ta przyszła, piłem dalej mając ją głęboko w dupie. Nie wspominam tu oczywiście o normalnym piciu alkoholu sprzed własnych wieków ciemnych.

Kiedy do mnie w końcu dotarło w którym miejscu się znajduję, już na niczym mi nie zależało. Prawie. Nigdy nie pogodziłem się, i nigdy się nie pogodzę, z tym, że pozwoliłem sobie przestać być tatą.

Tak jak, na początku, moje życie towarzyskie, jeśli nie kwitło, to przynajmniej było w porządku, tak im dalej w las, tym więcej drzew, a towarzyszy mniej. Coraz mniej interesowało mnie spędzanie czasu z ludźmi, coraz bardziej z butelką. Opuszczanie mojej osobistej faweli zarezerwowane było na naprawdę wyjątkowe wydarzenia, lub po prostu gdy już kompletnie wstyd było odmawiać i wykręcać się kolejny raz.

Wolałem pić sam, w domu przed telewizorem. Przechylałem szklankę bez potrzeby szukania zbędnych kompromisów co do tempa picia, czy rodzaju alkoholu, bez pijanej gadki towarzystwa, powtarzania tych samych historii po raz któryś. Bez bandy pijaków i wszystkich kłopotliwych sytuacji z nimi związanych. Bez zagrożenia bycia kłopotliwą sytuacją, więc i bez wyrzutów sumienia. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Moja rodzina mimo że zdawała sobie sprawę z tego, że mam problem z alkoholem, nigdy nie miała pojęcia o skali mojego nadużywania. Wiedzieli, że popijam, nie zdawali sobie jednak sprawy jak bardzo. Kiedy przylatywałem przez te wszystkie lata do dzieci, prawie wcale przy nich nie piłem, a już na pewno nigdy nie upijałem się. Piwo na rodzinnym grillu, toast na urodzinach cioci, lampka wina do proszonego obiadu. Na wspólnych imprezach bez dziatwy, zawsze wiedziałem kiedy powiedzieć sobie dość, podziękować i zmyć się do domu grzecznie żegnając gospodarzy i resztę towarzystwa. Oczywiście gwóźdź do kaca wychylałem w domowym zaciszu. Potem wprowadziła się panna Zazdrosna, a imprezowanie z nią było moim najzwyklejszym w świecie alibi na kilka głębszych więcej.

Tak czy siak, komfort picia w Kraju Przodków, a komfort picia na Wyspie Prosperity były nieporównywalne. Tam, z dala od ojca i matki, od ex, od nieświadomych czegokolwiek dzieciaków, od wszystkiego i wszystkich, którzy choćby swoją obecnością mogli zburzyć mój błogostan spożywania odbijałem jedną flaszkę po drugiej. Przez sześć lat, dzień w dzień, nie licząc naprawdę drobnych wyjątków i sytuacji wspomnianych wyżej.

Dopiero w Ośrodku dowiedziałem się jak ogromne szczęście miałem, jaki wielki fart towarzyszył mi przez cały ten czas, przy każdym łyku wódki i pomiędzy nimi wszystkimi. Nic dziwnego, że w lotto nie trafiam nawet trójki, limit fuksa mam wyczerpany przez swoje pijaństwo. Ani razu nie przytrafiła mi się padaczka alkoholowa, a przecież każdy urlop w Republice Wyklętej to chwilowa przerwa w piciu, lub co najmniej drastyczny i dłuższy spadek obecności alkoholu we krwi, co jest pierwszą i najczęstszą przyczyną jej wystąpienia. Ani razu nie zdarzyły mi się omamy, żadnego delirium, nic! Gdy zbadali moje podroby, może nie były w stanie idealnym, ale najmłodszy też nie jestem, w dodatku palacz na kawalerskiej diecie. Okazuje się, że moje możliwości regeneracyjne są jeszcze całkiem spore, bo nic nie wskazywało na długotrwałe nadużywanie alkoholu. Nawet uzębienie mam w stanie niemal idealnym, odbić kamień i gotowe. Żadnego złamania, obicia, czy wstrząsu mózgu, co najwyżej kilka siniaków lub zadrapań, tyle.

Gorzej z rodziną. Nie żeby nabawili się marskości wątroby przeze mnie. Nie. Można by powiedzieć, że w zasadzie nic się im nie stało, bo niby jak? Ano tak, że mnie kochają. Uzmysłowiły mi to pewne zajęcia w czasie tych dwóch miesięcy "w zamknięciu".

Mój kumpel z oddziału, tak jak wielu z nas o ile nie wszyscy, nie bardzo dawał sobie powiedzieć, że pijąc mamy destrukcyjny wpływ na tych, którzy nas otaczają. Im bliżej nas, tym bardziej, i to bliżej nie ma tu wyznaczać metrów i kilometrów, lecz siłę uczucia, więź. Truizm, ale warto mi było zwrócić uwagę na to " tym bardziej". Wiedziałem, że moi rodzice i rodzeństwo się wkurzają, że załamują ręce, bo marnuję się, swój czas i możliwości, martwią się. Tak ja to widziałem. Na jednych z wielu zajęć pokazano mi jak to wygląda z ich strony.

Marvel został obwiązany linką w pasie i postawiony na środku sali, a spośród nas wszystkich wylosowano osoby które mieli wcielić się w mamę, tatę, partnerkę, dzieci, rodzeństwo itd. Wszystkie ważne osoby z jego życia. Mój kolega miał je rozstawić po sali według jego siły więzi z poszczególnymi najbliższymi, bliżej, dalej, osobno, w grupie… Migotka również ich oplotła linką, której koniec był zawinięty dookoła pasa Marvela. Powstała swego rodzaju sieć, której centrum-pająkiem był właśnie on.
- Mama idzie do pracy, siostra z dziećmi do przedszkola, a Ty Marvel jak codziennie rano do sklepu po piwo. - zakomenderowała Migotka. - Tam jest praca, tam przedszkole a tu sklep. - Wskazała. - Ruszajcie!
Rozpoczął się przedziwny taniec powiązanych ze sobą postaci. Pijany taniec. Nikt nie mógł dać swobodnego kroku w obranym kierunku. Co próba to wahnięcie, co krok to wyraźne zboczenie z kursu. I przeciąganie liny pomiędzy postacią w centrum a całą resztą, jego z wszystkimi na raz.
Po sekundzie łzy stanęły mi w oczach i chciałem uciec z sali. Jak to?! Przecież ja piłem sam, z daleka od nich wszystkich. Nie widzieli jak się zataczam po mieszkaniu, nie mieli pojęcia o butelkach walających się dookoła łóżka. A dzieciaki? One przecież nie mogły sobie nawet zdawać sprawy, że ich stary regularnie się upija do upadłego, bo przy nich nigdy nic. Zawsze nawet czekałem z wódą zanim nie skończymy rozmawiać na skype, póki matka jeszcze im na to pozwalała.
- Ile mają lat twoje dzieci? - zapytała Buka.
- Osiem i jedenaście.
- Ile czasu pijesz? - padło kolejne pytanie.
- Jakieś sześć lat, siedem.
- Wiedzą. Wszystko wiedzą, a na pewno się wszystkiego domyślają.
Nie musiałem pić przy nich, wystarczyły roztrzęsione ręce przy obiedzie. Z każdym moim przyjazdem coraz bardziej zaczerwieniona twarz. Rodzicielskie reprymendy wydawane przyciszonym głosem za każdym razem podczas proszonych obiadów u rodziców, czy podczas wizyt dziadków u nas. Smutne spojrzenia pełne rezygnacji jakimi obdarowywało mnie moje rodzeństwo.
Wcale nie takie trudne puzzle do poukładania. Wcale.

© Trzeźwiejący Tata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci