Menu

Trzeźwiejący Tata

O swoich dzieciach, eksach, alkoholizmie i trzeźwieniu.

XIV Prezenty

mickjz

lakier

 

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Kilka dziewczyn z bezcłówki na lotnisku już mnie kojarzyło. Zawsze przed odlotem, a śmigałem sześć, siedem, czasem nawet osiem razy w roku, kręciłem się po butikach z kosmetykami i mazidłami dla pań. Dobierałem pasujące do siebie szminki i lakiery do paznokci. Małe hop-siup-dyrdum mojej narzeczonej. Małe "pamiętam i myślę o Tobie" ode mnie dla niej. Zawsze zaś omijałem stoiska z alkoholem, z prostej przyczyny, monopole w kraju są znacznie tańsze. Jestem pragmatykiem.

Moje częste-nieczęste wypady do kraju przodków miały dokładnie zaplanowane, dość powtarzalne scenariusze. Nocny przyjazd z lotniska do domu, szybki prysznic i próba zaśnięcia na trzeźwo. Wycieczka po Cześka i Małą Mi do Paranoi. Obiad u babci razem z nimi i ze Złośnicą, i Paszociągiem, jak już był z nami oraz podwieczorek u dziadka, względnie na odwrót. Wódka wieczorem z Prawym, moim najlepszym przyjacielem. Pomiędzy tymi żelaznymi punktami programu, dochodziły urodziny dzieci, jakieś grille, wielkanocne jajeczko, i choinka z gwiazdką na czubku. I wódka tu lub tam, zawsze razem z nią, lecz nigdy, kiedy Mała Mi i Czesiek zostawały ze mną na noc.

Najczęściej zrywałem się na lotnisko prosto z pracy w czwartki, a z mojego miasteczka wyjeżdżałem w poniedziałkowe popołudnie, by po północy wylądować w swoim łóżku w Molochu na Wyspie Prosperity. Ot, długi weekend.

Od czasu kiedy związałem się ze Złośnicą wszyscy czuli się jakby wakacje trwały cały rok a słońce bez przerwy unosiło się wysoko na bezchmurnym niebie. Ze mną włącznie, o ile nie na czele. Ex najpierw całość dezawuowała, potem sypała piach w tryby, by na koniec pogratulować urodzin Paszociąga i się zamknąć, przynajmniej na dłużej. Czesiek i Mała Mi cieszyli się jak zwykle i dodatkowo z braciszka. Ja czułem się jakbym wygrał na loterii i w bonusie postanowiłem ograniczyć picie, co udawało mi się z mniejszym lub większym skutkiem. Przeważnie z mniejszym, co tylko nieco zadowalało narzeczoną, w przeciwieństwie do familii, która była choć tą drobną zmianą ukontentowana.

Mama mojego najmłodszego synka wprowadziła się do mojego mieszkania w kraju przodków na długo przed jego urodzinami. Syndromu wicia gniazda dostała nim nawet został poczęty. Ściany musiały zmienić kolory, jedna po drugiej, zamiast paneli powinny być wykładziny, najlepiej też byłoby zmienić fronty szafek kuchennych. I blat. Nie uśmiechało mi się wprowadzać te wyliczone zmiany w życie na nieco ponad rok po generalnym remoncie, o aspekcie finansowym przedsięwzięcia nie wspominając. Mimo to raz i drugi puszki z nowymi farbami pojawiły się w domu, a ja część urlopowego, długiego weekendu poświęciłem na machanie pędzlem i wałkiem. Nie muszę dodawać, że nagrodą po dobrze wykonanej pracy każdego wieczoru był całus i spacer z Jasiem Wędrowniczkiem. Pozwalała mi, nierzadko biorąc współudział, i to na równych ze mną prawach. 

Mimo dobrze, i dla niej wykonanej pracy, miałem drobny niesmak. Mogłem na to bez przeszkód i samodzielnie poświęcić kilka godzin przez dwa popołudnia i wieczory, natomiast kilka tygodni wcześniej próba zrobienia mojej córce tortu urodzinowego skończyła się awanturą. 
- Jak ty to sobie wyobrażasz, że będziesz robił tort a ja będę siedziała i oglądała jakiś film? Ty będziesz wycinał jakieś pomarańczowe roboty z durnych filmów a ja co? Może jeszcze mam z tobą stać cały wieczór przy kuchennym blacie? Zamów i koniec! A tego Bibiejt to ci wydrukują na torcie w piekarni.

Zawsze tego typu pretensje i rozkazy po kilku próbach przekonania do swojej racji zbywałem jako rzeczy niekonieczne, nie niezbędne. Jasne, że da się bez tortu upieczonego samodzielnie zrobić dziecku urodziny i żyć. Jasne, że fajnie jest spędzić ze sobą więcej czasu w przytuleniu i nie tylko. Wszystko jasne, ale…

Z drugiej strony, zachowanie Złośnicy Zazdrosnej i sprzeczki tym wywoływane były dla mnie idealną wymówką do zastanowienia się nad pełną szklanką, czy aby ja dobrze sobie kobietę wybrałem, albo wręcz po prostu, powiedzenia sobie, ach te baby, pieprzyć to i wlać w siebie kolejną porcje wódki. Oczywiście nie przy niej, tylko już w domu, po powrocie zagranicę, podczas kolejnych długich, samotnych wieczorów.

Abyśmy spędzali ze sobą jak najwięcej czasu, gdy ja nie mogłem lecieć ze względu na ograniczenia urlopowe, kupowałem Złośnicy bilet do siebie. Chciałem ją poznać ze swoimi przyjaciółmi, pokazać jej swoje ulubione miejsca, pokazać jej życie tutaj i zauroczyć Molochem w nadziei, że się do mnie przeniesie wraz z synkiem z poprzedniego związku i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Niestety ani nie spodobało jej się miasto, nawet jedno z tych miejsc nie zrobiło na niej wrażenia, ani znajomi, zbywała ich wspominanie machnięciem ręki i cieniem grymasu na twarzy. Po wielu gorących dyskusjach stanęło na tym, że to ja pozamykam swoje sprawy na Wyspie i wrócę na stare śmieci.

Miała świadomość, że nie stanie się to z dnia na dzień. Musiałem zakasać rękawy i łapać się dodatkowych zajęć, aby pospłacać kredyty, zarobić na adwokata i rozprawić się z horrendalnymi alimentami wywalczonymi przez Paranoję. Obiecałem też, że "zrobię coś" ze swoim nałogiem. Oczywiście żadne z nas wtedy tego tak nie nazwało, to było zwyczajne, nadmierne popijanie. Eufemizm, kłamstwo.

Wziąłem się do roboty, ale z czasem mój zapał jakby stygnął. W ramach przekupstwa za ciągłe, nieznaczne opóźnienia w realizacji planu ofiarowałem jej co i rusz kwiaty i co sobie zażyczyła. Sandałki na lato za cenę która i na wyspowych półkach robiła wrażenie, jakiś perfum, bluzeczkę, tablet bo laptop się popsuł, czy wyjazd na drugi koniec Rzeczypospolitej, na wesele do jej przyjaciela. Koszty tego ostatniego okazały się absurdalnie wysokie. Bynajmniej, nie finansowe. 
- Co ty na to byśmy zostali po weselu w górach, trasa i tak już będzie zrobiona, jeden, góra dwa noclegi, sami, bez dzieciaków…?
- Wszystko fajnie, ale w poniedziałek odbieram malce od Paranoi, gdybyśmy zostali musiałbym z nią walczyć o odroczenie na co najmniej jeden dzień. Wiesz jaka ona jest. Powiedzieć, że nie będzie zadowolona, to nic nie powiedzieć. Skończy się w sądzie za niedotrzymywanie ustaleń w kwestii widzeń.
- Ja pierdolę! To jest jeden dzień naszych wakacji a ty będziesz robił to co ona chce?! Nie ważne co ja bym chciała, ważne czego życzy sobie twoja była. Do końca życia będziesz jej się słuchał?
- Kochanie, ale ja mam dokument w dłoni, który mnie do pewnych rzeczy zobowiązuje.

Wziąłem to na klatę. Po burzliwej dyskusji z byłą żoną, kiedy starałem wykręcić się od jednego dnia opieki nad dziećmi, do wtóru jej złorzeczeń zapakowaliśmy galowe trzewiki i wieczorowe ciuchy i na autostradę. Dzieciom potem skłamałem, że musiałem znaleźć się na rozmowie o pracę gdzieś tam w głębi kraju, co mam nadzieję przyśpieszy mój powrót do kraju na stałe. Pierwszy raz okłamałem Małą Mi i Cześka. Ta rozmowa o pracę odbyła się wcześniej i przez skype, i nie przyniosła żądanego skutku.

Zostaliśmy w górach po weselu raptem jeden dzień dłużej. Wystarczyło. Po kilku miesiącach mielenia pozwu przez tryby sądowej machiny otrzymałem wezwanie na sprawę. Niewypełnianie ugody w kwestii kontaktów z małoletnimi. Wśród szeregu wydumanych zarzutów był jeden prawdziwy, potwierdzony zdjęciami z wesela i wycieczek dookoła skoczni, na której nie tak dawno Adam Małysz zdobywał złote medale. Złośnica wysłała wszystkie dowody na to że okłamałem Paranoję i dzieci wprost na skrzynkę mejlową tej drugiej. Mimo, że tak naprawdę dostałem za swoje, byłem zdruzgotany. Nie ma zbrodni bez kary.

Od początku budowałem związek na niedomówieniach i drobnych kantach. Najromantyczniejsza historia świata związała ze sobą dwoje kłamców, oszustów grających w kto kogo bardziej. Zamiast rzucić picie i zacząć rzetelnie rozprawiać się ze sobą i swoim nałogiem, bezustannie mydliłem jej oczy odsuwając w nieskończoność moment przeprowadzki, odrzucenia butelki i zajęcia się rodziną. W zamian dostałem czułe słówka i gesty mające odsunąć mnie od dzieci z pierwszego związku, a gdy się na to nie godziłem, odwrócić mój wzrok od na chłodno przygotowywanego ciosu w plecy z opóźnionym zapłonem. Nie jedynego.

© Trzeźwiejący Tata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci