Menu

Trzeźwiejący Tata

O swoich dzieciach, eksach, alkoholizmie i trzeźwieniu.

XII Weekend

mickjz

50808949_227140881567776_1231873435982888960_n

 

XII

Mam na i mie Mick i jestem alkoholikiem.

Piątek, piąteczek, piątunio! Niegdyś oddech po tygodniu. Czas na spłukanie z siebie wszelkich brudów i ładowanie baterii. Sama świadomość spędzenia czasu z rodziną unosiła. Nie rozpoczynało się dnia od buziaka na do widzenia, tylko grupowym leniuchowaniem w łóżku. Śniadanie, kawa, bajki, czytane i oglądane, bez pośpiechu.

Wyjście na zakupy było peryferyjną koniecznością, a nie punktem weekendu. Zawsze ważniejsze było odwiedzenie parku, przynajmniej dla mnie, jednego z bezliku jakie oferuje Moloch. Muzeum, galeria, czy po prostu spacer po mieście, jego ryneczkach i deptakach, gdzie zawsze jakiś magik wyciągał królika z kapelusza, czy innego gołębia z rękawa. Nie tylko malce miały z tego radochę.

Nawet tak prozaiczne czynności jak zmiana pościeli, pranie, czy nawet te nieszczęsne zakupy, były przyczynkiem do zabawy. I znów, dla mnie. Dzieci też nigdy nie protestowały, nie byliśmy jednak demokracją, a już na pewno nie pajdokracją, ich głos się więc nie liczył, mój zaś był kwestionowany.

Tego mi najbardziej brakowało, kiedy Paranoja zapakowała dzieci i wyprowadziła się do mamusi. Przestawałem lubić weekendy. Przez jakiś czas próbowałem takich wypadów ze znajomymi, ale co raz rzadziej udawało mi się ich namówić. Jeśli jednak dawałem radę, najczęściej lądowaliśmy w jakimś pubie. Nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało. Zabawa to zabawa. Z dziećmi inaczej, ze starszakami inaczej, naturalnie.

Dopiero jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że już wtedy wlewałem w siebie za dużo. Nie ja jeden oczywiście, lecz jako jedyny nie wracałem do domu do obowiązków. Bo niby jakich? Nawet rytualne odkurzanie i pranie mogłem zrobić kiedy indziej. Zakupy? Zawsze uważałem je za upierdliwą konieczność, poza tym, teraz byłem sam, lodówka nie musiała być pełna frykasów dla dzieci. Ja zadowalałem się byle czym. Najczęściej, byle czym z piwem.
Kiedy w czasie takiej biesiady na mieście po kolei włączał się nam sygnał alarmowy "dosyć na dzisiaj" i się rozchodziliśmy do domów, ja zacząłem zahaczać o monopolowe. Bo za wcześnie żeby iść spać, a z resztą jutro mogę pognić w łóżku choćby cały dzień. I tak w drodze powrotnej i w domu przed telewizorem się dopijałem. Nie będzie mi żadna baba swoim brakiem wjeżdżała na głowę z żalem, smutastwem, i nosem na kwintę. Będę się bawił! I to bawił się dobrze!

Nie bawiłem się dobrze. Zaczęły przychodzić do mnie mary i demony. Rozsiadywały się w mojej sypialni wygodnie i szczuły w bezsenne noce. 
- Jesteś beznadziejny! Kobieta cię zostawiła! Tuż przed pierwszą rocznicą ślubu. Rozumiesz? Ty atrapo faceta! 
Nie chciałem tego w mojej głowie, a jedyny sposób jaki znałem by te głosy uciszyć, to spić się do snu, do odcięcia. Praktykowałem to coraz częściej, potem jeszcze częściej, a na koniec stało się to moją codziennością.

Zacząłem nienawidzić weekendy. Odpuściłem sobie znajomych, odpuściłem wyjścia nawet do kina. Z domu ruszałem się tylko wtedy, gdy wiedziałem, że będzie bal samców i każdy sobie pofolguje. Przestało mnie interesować dopijanie się po firmowych rautach i urodzinowych spotkaniach ze znajomymi, więc przestałem na nie chodzić. Wolałem zamknąć się w swoich czterech ścianach i z niezmąconym spokojem konać na raty katując się alkoholem.

Przez ostatnie dwa lata mojego pijaństwa nawet w weekendy mogłem sobie pozwalać na wszystko bez najmniejszych nawet prób kontrolowania siebie. Paranoja zabroniła Małej Mi i Cześkowi korzystać ze Skypea oraz odbierać telefony ode mnie, z resztą trwa to do dzisiaj, więc nie miałem żadnej motywacji by w trzeźwości oczekiwać tych kilku chwil z nimi przed monitorem komputera. Cały świat odpoczywał kończąc tydzień, ja piłem na umór.

Nie muszę nikomu zdradzać, że wcale nie pomagało mi to w poprawie samopoczucia. Wręcz przeciwnie, z każdym tygodniem było gorzej. Miałem dość siebie, miałem dość świata, życia. Wiem, może to brzmi jak tani dramat, ale jak ma brzmieć coś, bez przerwy podlewane twardym alkoholem? Obawiam się, że wachlarz wyboru jest nader wąski, a ja świadomie zawężałem go sobie jeszcze bardziej. Nigdy nie starczyłoby mi odwagi by sobie podciąć żyły, czy się powiesić. Chojrak napędzany czterdziestoma oktanami okazał się być tchórzem, i to na pół gwizdka. Postanowiłem się zapić na śmierć i swoje postanowienie bardzo konsekwentnie realizowałem, aż znalazłem się w szpitalu.

Exy bardzo dobrze wiedzą o tym, że dzieci są moją największą miłością i największą słabością. Robiąc wszystko, by stawiać możliwie jak największe zasieki między malcami a mną, uparcie pchają mnie na krawędź depresji i w objęcia wódki. Nie przebierają w środkach, by mnie złamać i udowodnić całemu światu, że tak jak nie zasługuję na nie, nie zasługuję też na ich dzieci.

Ja mam zamiar udowodnić, że swoje dzieci kocham.

© Trzeźwiejący Tata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci