Menu

Trzeźwiejący Tata

O swoich dzieciach, eksach, alkoholizmie i trzeźwieniu.

XI Zastępstwo

mickjz

klocki

XI

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Muzyka na full za drzwiami zamkniętymi na klucz. Ciężka. Przestrojone gitary rzęziły gęsto, aż drżały szyby, zapewne w całym budynku. Jeśli któryś z sąsiadów chciałby zgłosić mi swój sprzeciw, nawet nie musiałbym go ignorować. Nie było najmniejszych szans bym usłyszał pukanie. Ba! Bym usłyszał walenie do drzwi.

Otoczyłem się szczelnie ścianą dźwięku i umościłem się w środku. Nie mam pojęcia na jak długo. Płyta leciała w kółko, a ja leżałem w sypialni na łóżku otulony kocem jak kaftanem bezpieczeństwa. Uspokajałem się, a spazmy wściekle nierównego oddechu powoli ustępowały, aż klatka piersiowa zaczęła miarowo się unosić i opadać, niemal niezauważalnie.

Kolejna z co drugich sobót, kiedy spod domu Żółci odjeżdżałem bez Małej Mi i Cześka. Nie pomogły prośby, groźby ani błagania. Nie pomógł wezwany patrol policji. Usłyszałem za to, że nie ona odda wariatowi dzieci pod opiekę nawet jeśli trzy kolejne sędzie jej to nakażą, tak jak zrobiła to ostatnia. Znów więc wracam do punktu wyjścia, zataczam błędne koło naznaczone wizytami u prawnika, pismami procesowymi i niezaspokojoną tęsknotą za dziećmi. Znów spotkam się z nią przed obcą osobą, która będzie decydować o losie ich i moim. I to co najmniej dwukrotnie w tej samej sprawie. Dojmujące.

Z odsieczą sąsiadom przymuszonym do wysłuchania świetnej muzyki przyjechali rodzice mojej najmłodszej córki chrzestnej. Zapakowali ją i jej rodzeństwo do fury i wpadli z wizytą na kawę à la Wyspa Prosperity. Ponoć robię wyśmienitą.

Zwyczajowe dwie garście pogaduch pośród rozsypanych po całej podłodze klocków we wszystkich kolorach tęczy. Trochę o intensywnym roku wyborczym przy wysokiej wierzy, w której na pewno dałoby się zamknąć jakąś długowłosą królewnę, a potem ją uratować. Trochę o kinie, za pan brat z dodawaniem na puzzlach do dwudziestu oraz ćwiczeniem składania "r" i "z" w "rz" stojąc w samym środku pokoju dziecięcego przy tablicy. Siedzieliśmy sobie w piątkę rozmawiając o wszystkim i o niczym, równocześnie igrając z dzieciarnią z drobnymi przerwami na ich własne zabawy z nad wyraz cierpliwym kotem.

Wykorzystywaliśmy te momenty na metodyczne wałkowanie potyczek z exami, wspólne rwanie włosów z głowy i szczypanie się po dłoniach. Niestety, to co się wciąż wydarza zmusza do tego, by klepnąć się co jakiś czas kontrolnie w policzek i sprawdzić, czy to nie jest jakiś koszmarny sen. Przecież takie historie rodzą się w głowach kiepsko opłacanych scenarzystów, by być grane przez kiepsko opłacanych aktorów, w kiepskich serialach kiepskich stacji telewizyjnych, emitowanych do popołudnia zanim zacznie się normalny program.

Dużo pomysłów i podpowiedzi, nieprzebrane pokłady dobrych słów i otuchy, i śmichy-chichy ich malców. Dociera do mnie teraz ze zdwojoną siłą, jak karkołomnym był pomysł próby samodzielnego wychodzenia z nałogu i zaleczania depresji. Musiało tąpnąć, bo ile czasu człowiek jest w stanie sam siebie zapewniać, że cokolwiek się dzieje, wszystko skończy się dobrze i jeszcze w to wierzyć? Raczej prędzej niż później wszystkie argumenty zdadzą się być myśleniem życzeniowym i lądujesz chcąc, nie chcąc, w czarnej dupie.

Wzięliśmy trochę czasu na kredyt, bo młodsza pociecha powinna powoli wybierać się na czytanie bajki na dobranoc, a jednak chrześnica z siostrą jakoś niechętnie dały się wbić w zimowe buty i grube wełniane czapki. Wszyscy żałowaliśmy, że nie mogło być z nami mojej trójki szkodników, no, może poza kotem. Mimo tej, nie do końca drobnej zadry cieszyłem się, że akurat oni wpadli opatrzyć mi dzisiejszą ranę. Kiedy pozwalasz, zawsze się znajdzie ktoś, kto to dla ciebie zrobi. Gaga, która co i rusz sięga po telefon, rodzina w całej rozciągłości, która bez przerwy pyta jak się mam i rzeczywiście ich to interesuje. Mała armia terapeutów i całkiem spora współterapeutowanych z Doliny Muminków, zawsze gotowych by choć chwilę pogadać i w kilku słowach dać mi dowód na to, że bezsilność da się przykryć cierpliwością. Przecież gdyby Góra z Lufką i Muszkieter nie wyciągnęli do mnie pomocnej dłoni…

Za chwilę jadę do Ośrodka spotkać się z ludźmi którzy byli tam ze mną, przede mną i po mnie. Dla mnie. Nie chcę zgadywać co by było, gdyby ich nie było. Czy w ogóle by coś było?

© Trzeźwiejący Tata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci