Menu

Trzeźwiejący Tata

O swoich dzieciach, eksach, alkoholizmie i trzeźwieniu.

X Lont

mickjz

kawa2

Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Zmęczonym alkoholikiem.

Trwam w swojej trzeźwości, uczę się radzić ze swoją złością i uparcie ćwiczę patrzenie w jasną stronę życia. Mimo tego wszystkiego przychodzą takie dni, kiedy wydaje mi się, ze to wszystko było mi potrzebne jak druga dziura w tyłku.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Każdy obiecywał, że będzie łatwiej. Żaden z problemów magicznie nie zniknie, a świat nie wyścieli twoich ścieżek czerwonym dywanem. Mało tego. Do bagażu jaki wleczesz ze sobą po przeprowadzce z monopolowego, zostaną naliczone karne procenty i przyjdą jeszcze kolejne niemiłe niespodzianki. Wkurwisz się nie raz, ani nie dwa. Będzie rwanie włosów z głowy, o ile jeszcze je masz, zgrzytanie zębami i łzy. Dużo łez. I to nie tylko twoich.

Czego nie będzie? Nie będzie machania ręką. Nie będzie w dupiemania. Nie będzie udawania, że po drugim kieliszku problem znika jak za machnięciem magicznej różdżki. Chcesz czarów? Kup sobie zestaw małego chemika, albo poczytaj Harrego Pottera. Nie będzie odwracania wzroku i chowania głowy w piasek.

Codziennie wstaję i zanim sięgnę do ekspresu do kawy obiecuję sobie, że zrobię wszystko by udało mi się to co zaplanowałem. Gdy zapalam pierwszego papierosa i mieszam nikotynę z kofeiną powtarzam sobie plan, poprawiam go, koryguję, czasem układam od nowa. Ostatnie łyki nie do końca już gorącej małej czarnej i jestem gotowy. Czasami naprawdę, a czasami muszę siebie do tego przekonywać. Odpuszczam? Co najwyżej na kolejnego papierosa czasu. Tak aby zdążyć kopnąć się w zadek na zapęd.

Zdarza się jednak, że nie mam siły nawet na rozbieg. Wydawało by się, że pierdoła, pierdółeczka, tak w zasadzie nic, a potrafi rozłożyć mnie na łopatki. Niegrzeczny telefon, albo sąsiad bez humoru. Opryskliwa ekspedientka, dodatkowy rachunek znikąd, albo zagubiona przesyłka na poczcie. Brzmi banalnie, i w rzeczy samej, jest banalne. No przecież! Za to wczoraj dowiedziałem się, że komornik wpadnie z rzeczoznawcą wycenić mój samochód i zabronić mi go sprzedawać na własną rękę by pokryć dług alimentacyjny. Trudno, będzie kolejne odwołanie i cztery kółka zostaną w moim garażu. Z listu z sądu zaś, dowiedziałem się, że zostałem pozwany o uporczywe nękanie Paranoi i zakłócanie jej miru domowego. Wydzwaniam do niej bez opamiętania, nawet kilka razy dziennie. Niestety muszę. Odkąd zabrała dzieciom telefony na które mógłbym zadzwonić by z nimi poplotkować o szkole i o nudzie i tym co fascynujące, nie mam wyjścia. Muszę wybrać jej numer i czekać aż łaskawie udzieli mi zezwolenia na rozmowę z malcami. W tym roku udało się raz, przez 7 minut. Oczywiście ona wybrała moment kiedy, nie dzieci, i nie ja, pomimo, że zobowiązuje ją do umożliwienia nam swobodnego kontaktowania się przez telefon i Internet papierek z sądu. Tak samo jak do puszczenia dzieci ze mną w co drugą sobotę. I co z tego? Wezwałem policjantów aby wytłumaczyli jej ten obowiązek. Ta zaś w ich obecności nakazała mi bym opuścił teren przed posesją. Nie szkodzi, że to teren publiczny, jak jej powiedzieli panowie z patrolu za co ich opieprzyła, że nie umieją zrobić porządku z wariatem. Ja za to znów będę się tłumaczył przed sądem z najścia i awantur na pół wioski. I sobota bez dzieci. I kolejne pismo.

Każdy normalny człowiek po takich perypetiach poszedłby spłukać z siebie te pozbierane, złe emocje wódką z przyjacielem. Ja nie mogę, nie chcę. Złość na ex zamieniłaby się we wściekłość, ta w furię, a na końcu nastąpił by koniec świata. Mojego. Straciłbym cały ten czas zainwestowany w prostowanie sytuacji. Zaufanie kilku ważnych dla mnie osób zostałoby złamane. Nawet ta bardziej domniemana, niż prawdziwa zmarszczka wątpliwości na czołach eksów została by spuszczona w toalecie. Znów okłamałbym dzieci. Znów okłamałbym siebie. Wszystko w imię oczyszczającego kaca.

Co robić? Cóż począć? Ja odpuszczam. Kiedy czuję, że mój wciąż za krótki lont za chwilę się wypali, kiedy dochodzę do tej granicy, za którą musi nastąpić niekontrolowana, być może nawet śmiercionośna eksplozja, odpuszczam. Nie jestem robotem z procesorem i twardym dyskiem zamiast uczuć. Daję sobie prawo się zmęczyć do granic i olać wszystko i wszystkich, by nie olać siebie. Odkładam plan i odpoczywam. Kawa z kremówką na mieście, na którą mnie nie stać na co dzień. Paczka ulubionych fajek, zamiast tych codziennych, mielonych podkładów kolejowych. Książka jednego z ulubionych autorów, która czeka, aż ją kupię od premiery już kawałek czasu temu. Pozwalam sobie ta tę drobną przyjemność stłumionych wyrzutów sumienia. Wszystko to i tak kosztuje mniej niż flaszka jaką zwyczajowo obejmowałem obiema dłońmi. A przecież na jednej by się nie skończyło. O tych niewymiernych kosztach nie wspominam.

Zaskakujące, jak szybko to fatalne zmęczenie odpuszcza. W zasadzie wystarczy, że uświadomię sobie, że mam prawo sobie odpuścić i wrzucić na chwilkę na luz. Zadzwonię do swoich przyjaciół i opowiem im, że Huston ma kłopoty. Często, jeszcze zanim się rozłączę, na powrót mam już spokojny oddech. Wieczorem spotkam się z bractwem z AA i opowiem im, a oni opowiedzą mi o swojej kawie ratunkowej. Znowu okaże się, że dam radę cierpliwie poczekać na kolejny proces, kiedy zostanę wysłuchany. Znowu poczuję, że mój lont odrósł o jakiś drobny ułamek dłuższy. Znowu wstanę rano i powtórzę sobie plan przy porannej kawie.
Magia.

© Trzeźwiejący Tata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci