Menu

Trzeźwiejący Tata

O swoich dzieciach, eksach, alkoholizmie i trzeźwieniu.

V Letarg

mickjz
 
topielec
 
 
 Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.
 
Nie chciałem wstawać. Nawet nie chciałem jeszcze się budzić. To mój organizm zadecydował, że to już pora. Po raz trzeci tego ranka. Leżałem ciągle w łóżku, na wpół przykryty, nieruchomy. Oczy patrzyły w zegarek, a mózg co jakiś czas rejestrował upływ minut. To była ostatnia chwila by zadzwonić do pracy i wziąć urlop na żądanie, poprosić o chorobowe, cokolwiek, byle powiadomić ich o swojej dzisiejszej nieobecności. Od około godziny zbierałem się by wyciągnąć rękę po telefon leżący kilkanaście centymetrów od wezgłowia. Tam gdzie mógłbym go zobaczyć, o ile podniósłbym nieco wzrok.
 
To nie to, że mi się nie chciało. To nie to, że nie miałem siły. To nie to, że w dupie miałem konsekwencje. Nawet nie musiałem wstawać, wystarczyło sięgnąć po telefon, wykręcić numer i wyrecytować kilka słów i już. Jednak wciąż leżałem, jakby przygnieciony swoim własnym bezwładem.
 
W mojej głowie pustka goniła pustkę. Niemyśl, bezmyśl, niebyt. Czarny, głęboki bezład. Nawet łzom nie chciało się popłynąć.
 
Tak naprawdę nie wiem ile mógł trwać ten stan. Czasami spędzałem w łóżku pól dnia, trochę śpiąc, trochę leżąc jakbym spał. Innym razem podnosiłem się z niego dopiero kolejnego ranka. Zdarzało mi się coś takiego często. Przeważnie właśnie rano, rzadziej za biurkiem w pracy, czasem wieczorami po powrocie do domu. Siadałem w swoim, niegdyś ulubionym fotelu, z torbą rzuconą tuż obok. Bez ściągania kurtki i butów. Bez włączania telewizora, radia, światła. Bez towarzystwa. Bez myśli. Poza czasem. Nie czułem głodu ani pragnienia. Nie czułem potrzeby udania się do toalety. Nie czułem nawet potrzeby by zapalić.
 
Bywało, że przebudzałem się w tym fotelu w środku nocy, ciągle ubrany tak, jak wszedłem do mieszkania. Zrzucałem buty i płaszcz i przenosiłem się na sofę w oczekiwaniu na koniec nocy. Rano się z niej zwlekałem i szedłem do pracy tak jak stałem.
 
Snułem się po budynku, jak zombie, napędzany kofeiną przez osiem godzin. Odżywałem dopiero w drodze powrotnej do domu. Robiłem mały objazd do jednego z wielu marketów, wpadałem tam w alejkę z alkoholami i szybko chwytałem butelkę z palącą brunatną cieczą. Już w domu częstowałem się łapczywie szklanką lub dwiema. Trzema, czterema. Kolejnymi. Wiedząc, że to i tak na próżno, znowu się rozpędzałem, uciekałem ile sił w przełyku, przed ponownym wpłynięciem głęboko pod powierzchnię.
 
/prawa autorskie do zdjęcia należą do Patryka Januczowskiego - Topielec/

© Trzeźwiejący Tata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci