Menu

Trzeźwiejący Tata

O swoich dzieciach, eksach, alkoholizmie i trzeźwieniu.

IV Sprzątanie

mickjz

Zrzut_ekranu_20190114_o_19.24.35

 Mam na imię Mick i jestem alkoholikiem.

Zawsze ten sam dylemat. Najpierw do sklepu na rogu po flachę i fajki, czy najpierw ogarnąć chatę. I siebie. Niechęć do swojej osoby, a co za tym idzie do spoglądania w lustro, skutkuje tym, że ciężko się zorientować, który włos jak leży, czy tam stoi. Po którymś razie odpuszcza się też moment, w którym należałoby się ogolić i zwyczajnie zarastasz. Pranie wstawiasz dopiero wtedy, gdy okazuje się, że nie masz co włożyć na dupsko, a to co na nim masz, też nie jest już pierwszej świeżości. Refleksja na temat sprzątnięcia podłogi w mieszkaniu pojawia się zaś, kiedy wyrżniesz o tę jedną z wielu pustych butelek idąc do toalety. Ale dopiero gdy upadając nabijesz sobie siniaka, krwiaka, czy innego śladu w widocznym miejscu. Najczęściej na twarzy.

 Tym razem wygrał wariant - najpierw wycieczka, potem porządki. Nie bez przyczyny. Wolałem się przejść w kurtce narzuconej na piżamę do sklepu i zaopatrzyć się na cały weekend, niż zacząć proces odmeliniania z tą odrobiną łychy jaka została z poprzedniego wieczoru. Nie było opcji by starczyło mi na dłużej, a nie będę prał, mył i sprzątał "na pusto". Oczywiście najmniej w tym chodziło o robienie porządków. Zadbanie o komfort picia od pewnego czasu było najwyższym priorytetem. Niemalże jedynym.

 - Wcześnie zaczynasz Mick. - przywitał mnie właściciel osiedlowego sklepu. Zegar za jego plecami wskazywał parę minut po dziewiątej.

 - A gdzie tam, zaczynam! Nie widzisz, że impreza trwa? - pochwaliłem się gustownymi spodniami od piżamy.

 

Odrobinka żartów, karta kredytowa i spacer z papierosem w ustach na powrót do mojego mieszkania. Kolejny papieros tuż po pierwszym łyku i już za chwilę byłem gotowy do rzetelnego podjęcia się wyzwania.

 Pierwszą reklamówkę po brzegi nabitą pustym szkłem zanosiłem do śmieci w drodze do sklepu. Zawsze te wszystkie butelki wciskałem do granic możliwości, po co mają dzwonić na schodach? Jeszcze jakiś sąsiad usłyszy i zerknie z ciekawości. Oczywiście reklamówka lądowała w czarnym worku na śmieci, tak, aby nawet przypadkowy obserwator nie wpadł na to, że to moje surowce wtórne. Resztę podobnie spakowanych butelek i innych śmieci składałem na kupkę w przedpokoju, tuż przy wyjściowych drzwiach. Zaniosę je do komunalnego kubła jakoś w środku nocy. Wiele razy budziłem się bardzo wcześnie nad ranem, nie tylko w weekendy. Cóż można zrobić, gdy odpadasz o dwudziestej, nie pośpisz do rana jak normalny człowiek.

 Całe to sprzątanie odbywało się zawsze do wtóru rytmicznych obrotów bębna pralki. Chodziła non stop, rozgrzewając się prawie do czerwoności, od jutra sobie odpocznie, dzisiaj popracuje cały dzień, a potem będzie miała wolne przez dwa, czy trzy tygodnie, dopóki znowu się nie zorientuję, że trzeci raz z rzędu noszę tę samą parę skarpetek, a czystych już nie ma.

Odkurzanie i mycie podłóg, wietrzenie, naczynia, a tak naprawdę szklanki i kubki, bo żarcie odbywało się raczej z kartonika niż z talerza, i wspomniane pranie. Po kilku godzinach całe przewietrzone mieszkanie było nim obwieszone. Permanentny przeciąg i zapach płynu do płukania niwelował odór fajek, wódy i ich konsumenta, czyli mój. Przynajmniej tak mi się wydawało. Wszystko to o czym opowiadam odbywało się ze ścierką, gąbką, czy odkurzaczem w dłoni. Jednej. W drugiej oczywiście szklanka.

 Po feralnym zapiciu się zakończonym interwencją medyków z pobliskiego  szpitala, Góra i Muszkieter zabrali mnie z tej nory, w którą obróciłem swój dom. Na kilka dni zamieszkałem z Górą i jego małżonką. Doprowadzili mnie do w miarę poprawnego stanu, popchnęli do terapeuty, psychologa i AA.

Zacząłem wyrabiać w sobie nawyk niesięgania po alkohol, chodzenia na mitingi i regularnych sesji ze specjalistami. Kiedy moi przyjaciele dali się przekonać, że już nie ma wielkiego niebezpieczeństwa pozostawienia mnie bym na powrót zaczął funkcjonować samodzielnie, po uroczystym obiedzie odwieźli mnie do domu.

 Weszli ze mną tylko na moment, co przyjąłem z żalem, ale też ze zrozumieniem. I ze wstydem. Fetor jaki uderzył nas po otworzeniu drzwi był dojmujący. Odprowadziłem Górę i jego żonę do samochodu i pożegnałem się z nimi dziękując za wszystko co dla mnie robią. Wróciłem do siebie i wchodząc zostawiłem otwarte drzwi. Przeszedłem mieszkanie na wskroś i otworzyłem okna, wszystkie i na całą szerokość. Zacząłem sprzątać. Tym razem naprawdę. Nie tylko mieszkanie.

© Trzeźwiejący Tata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci